[Dostępne są lokalne napisy do tego wywiadu] Tomás Hijo jest uznanym autorem i artystą, a w tej rozmowie w Asturii omawiamy jego drogę od sztuki cyfrowej po starożytne techniki, współpracę z Guillermo del Toro i uniwersum Tolkiena, Legendy Salamanki oraz radę dla początkujących artystów poruszających się po nowym, pełnym AI świecie.
"Cześć, przyjaciele z Gamereactor! To kolejna z tych rzadkich okazji, kiedy przeprowadzimy wywiad po hiszpańsku, bo gościmy tu wybitnego artystę, z którym bardzo chciałem się spotkać. Śledzimy twoje prace, twoje opowieści i cóż, dla mnie jesteś jednym z najlepszych ilustratorów fantasy, jakich obecnie można znaleźć. I oczywiście zamierzamy udostępnić napisy dla naszych międzynarodowych kolegów, żeby mogli śledzić twoją twórczość, która, jak sądzę, ma również charakter międzynarodowy. Poruszymy też temat twojej pracy w filmie, o czym porozmawiamy trochę później, Myślę, że musi ona wykraczać poza granice, mimo że jesteśmy w Hiszpanii, mimo że jesteśmy w Asturii, mimo że jesteśmy w Avilés, w lokalu Celsius 232."
"Więc bardzo ci dziękuję. Pierwsza rzecz, o którą chciałem cię zapytać, to plakat. Ten Tegoroczny plakat jest całkowicie w twoim stylu. Opowiedz nam trochę więcej o tej bogini, o tym, co z niej wychodzi, o te dzieci, o ten rodzaj… Cóż, to trochę przerażające, jeśli wybaczysz mi to określenie, ale oczywiście to twój charakterystyczny styl grawerowania. Co możesz mi opowiedzieć o tym plakacie? Cóż, jest trochę przerażający, jak sam mówisz, i faktycznie starałem się jak najbardziej złagodzić – ten poziom niesamowitości, jaki ma ten plakat – i to właśnie chciałem przekazać. Cóż, po pierwsze, to był dla mnie ogromny zaszczyt, że zaprojektować plakat dla festiwalu Celsius, bo to zdecydowanie mój ulubiony festiwal; zawsze świetnie się bawię, kiedy tu przyjeżdżam – są tu wszyscy moi kumple, ludzie, z którymi z którymi pracuję, ale których nie widuję przez cały rok, i w pewnym sensie starałem się uchwycić, czym dla mnie jest duch festiwalu Celsius. Przejrzałem sporo wersji – zrobiłem sporo szkiców – i w końcu doszedłem do wniosku, że dla mnie Celsius to hołd dla sztuki opowiadania historii. Postanowiłem więc cofnąć się jak najdalej w tej koncepcji, żeby odnaleźć gawędziarza – tego pradawnego, pierwotnego gawędziarza. I pomyślałem o Sfinksie – Sfinksie, który zadawał zagadki; pomyślałem też o syrenach, które wabiły swoimi głosami… no cóż, spróbowałem trochę zagłębić się w całą mitologię, która dotyczyła słowa i opowieści, i w końcu postanowiłem stworzyć Sfinksa – Sfinksa, który jest w pewnym sensie matką wszystkich gawędziarzy, wszystkich opowiadaczy, i która używa różnych masek, by wcielić się w różne postacie. I to właśnie jest koncepcja tego plakatu, a no cóż, jak sam mówisz, to jest rycina – jest na wystawie; właśnie teraz wystawa grafik, a tam możesz obejrzeć oryginał. To linoryt i w pewnym sensie – no cóż, trochę przypomina ducha mojej twórczości, która polega na opowiadaniu historii za pomocą obrazów. Czasami też za pomocą słów i w pewnym sensie udało mi się połączyć, jak sądzę, szereg rzeczy, które bardzo chciałem ze sobą połączyć i co, jak sądzę, udało mi się zrobić – no, z pewnym sukcesem. Poza tym ten przerażający klimat nie jest nie na miejscu, bo jednym z głównych motywów „Celsius” jest oczywiście horror. Chciałem chciałem zapytać – zanim przejdziemy konkretnie do twojej twórczości, twoich rycin – chciałem zapytać cię o „Legendy z Salamanki”, o mit dotyczący Jaskini w Salamance, o tę legendę, tę plotkę, że diabeł tam uczy ludzi czarnej magii. To coś, o czym ostatnio wspominaliśmy w kontekście pracy naszego przyjaciela i kolegi Ángela Luisa Sucasasa, który pracuje nad grą o nazwie Toymaker, Jak chciałeś to przedstawić? Jesteś przede wszystkim artystą, ale jako autor, w jaki sposób chciałeś przedstawić te mity i legendy? Jak chciałeś się upewnić, że jak najszersza publiczność – bo książka została też przetłumaczona – dowiedziała się o tych legendach z Salamanki? Zgadza się. Cóż, to pierwsza ilustrowana książka, jaką kiedykolwiek stworzyłem. W tamtym czasie głównie ilustrowałem podręczniki szkolne, książki dla dzieci i książek dla młodzieży, więc postanowiłem stworzyć książkę o innym charakterze; sam ją napisałem, a wszystko to wywodzi się od mojego dziadka, który był świetnym gawędziarzem i człowiekiem, który całe życie mieszkał w Salamance i opowiadał mi tysiące historii – niektóre z nich miały związek z legendami, inne były po prostu żartami, ale ja byłem fascynowało mnie to wszystko, i znowu, myślę, że sztuka opowiadania historii, o której ci wcześniej opowiadałem, wynika z mojego zainteresowania tymi opowieściami mojego dziadka – to właśnie tam wszystko się zaczęło. Napisałem więc tę książkę w 2002 roku, jeśli się nie mylę, ukazało się pierwsze wydanie. A w Salamance jest mnóstwo legend – no bo to przecież starożytne miasto z bogatą tradycją – a wspomniałeś o jaskini, tej jaskini w Salamance – to coś więcej niż tylko legenda, to cała kolekcja legend sama w sobie, i w pewnym sensie myślę, że naprawdę oddaje istotę tego miasta, Salamanki, które jest przede wszystkim miastem uniwersyteckim – miastem, które, przynajmniej w teorii, od dawna poświęcone jest nauce – od XII wieku, od XIII wieku. A więc „La Cueva de Salamanca” pokazuje nam, że istnieje Salamanka na wierzchu – ta, którą widzimy – czyli uniwersyteckie miasto Salamanka, akademickie – a zwłaszcza w tamtych czasach także duchowne. Ale pod Salamanki znajduje się sieć tuneli, do których wchodzi się przez jaskinię – która jest zakrystią zrujnowanego kościoła, gdzie uczy się tej drugiej strony – ciemnej strony. Innymi słowy, na górze jest cała ta oświecona wiedza – prawo, teologia i tego typu rzeczy. Na dole jest demonologia, nekromancja. I tak właśnie była grupa studentów, którzy zbierali się w tej jaskini, żeby studiować wszystkie te czarne sztuki. A legenda głosi – no cóż, jest bardzo długa i ma wiele wersji—że no cóż, było tam siedmiu studentów, którzy zbierali się tam przez siedem lat; nauka była za darmo, a nauczycielem był diabeł, prawda? W niektórych wersjach to zakrystian – no wiesz, wersje się różnią. I za każdą z tych siedmioletnich klas bezpłatnej edukacji ceną było to, że jeden z uczniów płacił swoją duszą i wieczną służbą diabłu za tę edukację. A potem historia toczy się dalej, a jej bohaterem jest markiz, markiz z Villeny, który uczył się w jaskini i któremu w końcu, dzięki swoim sztuczkom i sztuce magicznej, udaje mu się pokonać samego diabła. No więc, jak już mówiłem, to taka mroczna strona miasta – ciemna strona Salamanki jest opisana w tym legendarnym zbiorze podań znanym jako Jaskinia Salamanki. A to może być całkiem ciekawa fantazja w dzisiejszych czasach, w każdym przypadku. Później poruszymy temat nauczania, środowiska uniwersyteckiego, co też mnie interesuje, ale porozmawiajmy najpierw o twojej technice, co? Wspomniałeś, no cóż, coś w stylu tego ten staroświecki klimat, klasyczny styl. Twoje podejście jest dość średniowieczne – jak myślisz, wnosi ona oprócz tego mrocznego lub staromodnego akcentu? Dla ciebie skupienie się na grawerowaniu to trochę jak fizyczność, trwałość. Jak myślisz, co ta technika wnosi do twojej twórczości i sprawia, że twoje prace są zupełnie inne lub wyjątkowe? Jestem oddany grawierstwu i innym technikom."
"Zaczęło się od pomysłu, który wpadł mi do głowy – chciałem spróbować stworzyć ilustrację, która wyglądałaby tak, jakby pochodziła prosto z samej książki. Innymi słowy, nie chodzi o ilustrację stworzoną przez współczesnego artysty na podstawie klasycznego tekstu, ale raczej tak, że na przykład, gdybym miał zilustrować Tolkiena, wyglądałoby to tak, jakby te ryciny mogły być częścią samej powieści – jakby narysował je hobbit. Wiesz już, że Tolkien trochę się tym bawi – pomysłem znalezionego rękopisu, że gdzieś w głębi istnieje książka, z której to wszystko się wywodzi. Dlaczego by nie stworzyć ilustracji właśnie do tej książki?
Tak jakby sam Sam Gamgee, pisząc tę książkę, miał kolegę, który był dobry w rysowaniu i tworzył dla niego ilustracje. Wybierasz więc technikę właśnie pod kątem tej atmosfery, żeby wyglądało to jak coś z innej epoki i jakby wyłaniało się z samej fantazji tekstu, który ilustruję. I na pewno zapytają cię o Tolkiena, oczywiście – tworzyłeś prace oparte na twórczości Tolkiena, a w tym roku będzie się dużo mówić o „Władcy Pierścieni” – no cóż, mija 25. rocznica premiery pierwszego filmu Petera Jacksona, a Gollum jest tuż za rogiem; wygląda na to, że na San Diego Comic-Con w Maladze duży nacisk zostanie położony na „Władcę Pierścieni”. Ty mamy swoje własne prace, a do tego jeszcze tarota."
"sposoby na zaprezentowanie swojej sztuki. Opowiedz mi trochę o różnicach albo o swoich źródłach inspiracji.
Z jednej strony są istniejące serie czy pomysły – Guillermo del Toro i Tolkien; a z drugiej strony okultyzm, świat tarota, który też jest ostatnio całkiem modny. Jak to na ciebie działa? Może to naprawdę dobrze pasuje do twojego stylu tworzenia. Co chcesz mi powiedzieć o tych trzech aspektach? Cóż, kiedy się nad nimi zastanowisz, to jest to trochę równoległa sprawa. Powiedzmy, że jedna rzecz nie jest całkowicie powiązana z drugą, ale to ma sens, że się łączą. Kiedy postanowiłem rozpocząć osobisty projekt w dziedzinie grawerstwa, wybrałem *Władcę Pierścieni*; wybrałem Tolkiena bo to jedna z moich ulubionych książek. Należę do Hiszpańskiego Towarzystwa Tolkienowskiego Hiszpańskiego Towarzystwa Tolkienowskiego; byłem wielkim fanem filmów; osobiście znam niektórych z projektantów filmowych, więc to świat, który jest mi bardzo bliski i bardzo drogi. I postanowiłem stworzyć serię własnych rycin na ten temat i je wykonałem, opracowałem je, nie biorąc pod uwagę pewnych ograniczeń związanych z prawami autorskimi, z którymi oczywiście w końcu się zderzyłem, gdy temat ten zyskał spory rozgłos; był moment, kiedy pojawiły się z tym problemy. A z drugiej strony, z drugiej strony, bo naprawdę uwielbiam horrory, uwielbiam Lovecrafta, uwielbiam wszystkie tych rzeczy, zacząłem też pracować nad serią pobocznych projektów, które doprowadziły mnie do spotkania z Guillermo del Toro. A potem miałem romantyczną kolację w Paryżu, podczas której zrodził się pomysł na stworzenie talii tarota, a kiedy stworzyłem tary „Del Toro”, muszę przyznać, że wyszło naprawdę świetnie – zrobiłam ją dla amerykańskiego wydawcy, a stamtąd zaczęli zamawiać kolejne talie, więc więc stworzyłem kilka opartych na światach Jima Hensona – „Labirynt”, „Ciemny kryształ” , a jedną z propozycji, które mi przedstawili – i to faktycznie było zlecenie – była talia tarota z „Władcy Pierścieni”, więc powiedzmy po prostu, że w końcu… W końcu doszło do połączenia. To był bardzo satysfakcjonujący projekt, bo oczywiście wiązał się z połączeniem dwóch światów, które mnie interesują. Zawsze bardzo interesowałem się tarotem, ale przede wszystkim jako artefaktem graficznym i narracyjnym, a nie tyle jako nadprzyrodzony aspekt tarota – co, jak to się mówi, ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam – ale to, co zawsze mnie interesowało – a mam sporą kolekcję talii tarota – to właśnie ten ten jego aspekt – a także to, że to swego rodzaju „milcząca książka”, książka obrazów, którą możesz złożyć w całość i wykorzystać do opowiadania historii. No i poza tym tarot tradycyjnie tworzono przy użyciu technik bardzo podobnych do tych, których używam, z kolorowymi drzeworytami, więc, no cóż, powiedzmy, że to wszystko jest częścią jakiejś graficznej, narracyjnej całości, która bardzo mnie interesuje. No i cała ta legendarny aspekt – cała ta tematyka teokultyzmu, zjawisk nadprzyrodzonych i tak dalej – też bardzo mnie interesuje, więc, no cóż, to wszystko są motywy – motywy, które mnie bardzo interesują. Są ze sobą ściśle powiązane, a ostatecznie niektóre pojawiają się w tej mieszance, inne się pojawiają, ale praktycznie zawsze pracuję z tą samą mieszanką elementów. I moglibyśmy wrócić do powiązania tego z Jaskinią w Salamance. Jestem pewien, że rozdawano tam karty tarota prawdopodobnie rozdawano tam karty tarota. Na pewno. Jeszcze jedna drobnostka o Guillermo del Toro. Powiedziałeś, że mieliście tę romantyczną randkę – to właśnie stąd wzięła się ta twórcza i artystyczna miłość. On, naszym zdaniem, jest reżyserem, który intensywnie wykorzystuje przedmioty jako nośniki, niemal jak postacie. Czy powiedziałbyś, że to właśnie ten aspekt jego twórczości sprawił, że ta współpraca tak doskonałą? Czy ta filozofia i podejście do tworzenia sztuki do ciebie przemawiają? Czy możesz odnieść to bardziej do przedmiotów? Tworzyłeś dla niego jakieś dzieła? Myślisz, że to była jedna z czynników, które to ułatwiły? Nigdy o tym nie myślałem, ale to bardzo prawdopodobne, bo właściwie to po tej współpracy pracowałem nad „El Callejón de las Almas” Perdidas (Nightmare Alley) i „Frankensteinem”. W obu przypadkach moja rola polegała na… nie chodziło o projektowanie postaci czy scenografii, tylko o projektowanie rekwizytów – czyli projektowanie przedmiotów. W filmie „Nightmare Alley” stworzyłem talię kart tarota używaną w filmie, a w filmie „Frankenstein” te małe kartki edukacyjne, których niewidomy używa, by nauczyć dziewczynkę czytać. Więc rzeczywiście jest możliwe, że przedmioty mają taką wartość, bo oczywiście moje ryciny – które były pierwszą rzeczą, z jaką się zetknął – mają tę wartość, bo nie są po prostu obrazem wydrukowanym na papierze, ale mają objętość, mają specyficzne właściwości tego specjalnego papieru – innymi słowy, mają też wartość wynikającą z bycia przedmiotem. I to był prawdopodobnie jeden z czynników, które go zainteresowały – ta namacalna cecha, którą posiadają ryciny. Bardzo fizyczna, jak już mówiliśmy. I ostatnia kwestia – wspominałeś kilka razy, że na uniwersytecie to oczywiście coś, co jest bardzo ważną częścią życia w Salamance; czuje się to na ulicach. Jesteś też profesorem i wspominałeś też o swoim przejściu od sztuki cyfrowej, czyli sztuki cyfrowej i narzędzi cyfrowych, do znacznie bardziej tradycyjny sposób tworzenia sztuki. Oczywiście najważniejszą kwestią jest tu kwestia przewodnika. Co jest klucz do nauczania uczniów nowych pokoleń, którzy dziś interesują się tworzeniem sztuki, żeby wzmocnić ideę osobistej autorstwa, żeby nie wpadli w używania narzędzi przejętych od innych artystów, które mogą zasłonić im wizję stworzyć coś własnego i nowego. Nie wiem, czy to, co robisz, kieruje ich bardziej w stronę tych tak, żeby ich mózgi i neurony uruchamiały te procesy, które, jak najlepiej – jeśli po prostu nie weźmiesz tego do ręki i nie zaczniesz nagrywać, nie rozwiniesz pamięci mięśniowej – czy może jest jakiś sekret, jak ich dodatkowo stymulować, bo, no cóż, pisarze, artyści, dziennikarze – wszyscy jesteśmy trochę jak aktorzy głosowi, trochę zaniepokojeni tym, że maszyna już teraz potrafi to robić. Więc w czym tkwi klucz?
Jak do tego podejść? Jak ich zmotywować? Jak sprawić, żeby to osiągnęli? Cóż, miałem okazję, żeby wtedy rzucić studia, bo już od już od kilku lat. A to było tuż przed boomem na sztuczną inteligencję. Teraz wyobrażam sobie, jak osoba, która teraz zajmuje moje miejsce, i jak sobie z tym radzi. Cóż, myślę, że kluczem do tego wszystkiego jest to, że nie lubię zajmować się prognozami ani wielkimi bo to tak ogromne zjawisko, że moim zdaniem nie da się przewidzieć ani tego, co się wydarzy, ani tego, co dzieje się właśnie teraz. Ale w co naprawdę wierzę – i co martwi mnie najbardziej, gdy myślę o studentach albo ludziach, którzy dopiero zaczynają – to to, jak zmierzysz się z trudną, wyboistą i stromą ścieżką, jaką jest nauka tych rzeczy. I że z tej drogi, z tego, co się wyłoni, powstanie wyjątkowa wizja, osobista wizja i wizja, która jest naprawdę stworzona przez ciebie, a nie przez maszynę, której wydajesz polecenia. Z drugiej strony, oczywiście istnieje też bardzo łatwa droga, polegająca na wpisaniu polecenia do maszyny i uzyskaniu coś, co w gruncie rzeczy jest niczym więcej niż przeróbką i pastiszem całej masy wcześniejszych rzeczy. Więc nie wiem, starałbym się raczej wspierać ten aspekt – ten aspekt mówiący: „Na końcu drogi czeka ogromna nagroda”, i nie mówię już mówię o kwestiach finansowych, zawodowych ani niczym w tym rodzaju – chodzi o to, że kiedy coś robisz, naprawdę robisz to sam, a to wynika od konkretnego człowieka, od osoby z jej wadami i zaletami, i jak powiedziała dziś rano koleżanka podczas wykładu, który prowadziliśmy, gdzie ona też zadawała sobie to pytanie i opowiedziała mi coś bardzo zabawnego. Możesz narysować cztery bazgroły w programie Paint na komputerze, ale narysuj je sam – będą warte więcej niż cokolwiek, , co stworzysz za pomocą sztucznej inteligencji. Bo w końcu to dobrze – będą częścią części nieskończonej masy obrazów, które już teraz pojawiają się każdego dnia. I mam wrażenie, że kiedy widzę okładkę książki stworzoną przy pomocy sztucznej sztucznej inteligencji… W książkach jest tego mnóstwo. Już teraz widzę tego sporo w książkach. To wydaje mi się, że patrzę na miniaturkę z YouTube’a albo mem, więc oczywiście to stanowi część spektrum wizualnego, które moim zdaniem już podważa wiarygodność samej książki."
"Więc powiedziałbym wszystkim tym dzieciakom, żeby się nie poddawały, trzymały się, a także żeby wydawców i innych profesjonalistów – no cóż, żeby starali się to kontynuować, bo jeśli w przeciwnym razie myślę, że w końcu wszystko zamieni się w coś w rodzaju nie do odróżnienia tandety. Autentyczność pójdzie na marne. Przypomniałeś mi – w zeszłym roku przeprowadziliśmy wywiad z Tanino Liberatore, rysownikiem komiksów z Neapolu, a on powiedział nam – i to mi się spodobało – że najlepszą odpowiedzią ze strony sztucznej inteligencji była właśnie jego: w końcu odbierasz sobie całą przyjemność. I jeszcze wiele innych."
"Sztuczna inteligencja tworzy projekty, a potem sam je rysujesz. A ja na to: jasne, ale ja po prostu robię to, co lubię. A chodzi o to, że naprawdę sprawia mi to frajdę.
Więc, no cóż, jeśli kiedyś sztuczna inteligencja pozwoli mi, no nie wiem, pójść na skróty przy nudnych sprawach – jak wystawianie faktur, wiesz? Albo wypełnianie zeznań podatkowych, to chyba spojrzę na to bardziej przychylnie, ale oczywiście nie odbieraj mi tego, — bo przecież właśnie dlatego w to wszystko się wciągnąłem, prawda? Bo to sprawia mi przyjemność. To najlepszy sposób na zakończenie. Bardzo ci dziękuję, Tomás. Niech twoja sztuka i twoje słowa nadal "